Pan na włościach

Upojny mgniem er,
dodaje światu zer
pulsując rytmem mas
- przelicza życia czas.

Dekadom roku pór,
starannie niczym król
zwiewności krojąc tiul
- lustrzany szyje strój:

zamieci tęgie szwy
księżyca smugą skrzy.
Narodzin kłosi pąk
- kwitnieniem szarych łąk.

Buczyny leją miód.
Pszenica rodzi cud.
Dojrzała winna kiść,
jesienny zrzuci liść...

Bezdroża więzi mróz:
cieniutkie nitki płóz
oblepia skrzący firn
powrozów grubych szyn,
znaczących mleczną dal
wtopionych niczym stal
- żarzącym piętnem dróg.

Połonin szkilstych próg,
wśród chałup szarych lśni,
jak złoty owsa bróg.

Lodowy ostry szpon
zatrzyma serca dzwon
- zmrożeniem biegu krwi:
bagienny zaszkli lej,
pułapką cienkich szyb
- budując kruchy nimb
pułapki pustych bań
upiorną wznosząc grań.

Cieknący zatka kran
potoku kosząc łan
- zbryleniem wartkich wód,
szutrując bystry bród.
Nasili pełni rap
- zbójecki kładąc trap
watasze żądnej krwi:
obławy echem grzmi
- upiorny niesie śpiew,
polowań budząc zew.

Podszyty strachem łoś,
w osępach górskich gość
odwiedza dolin kadź:
uśpionej toni gładź
- śmiertelny dzierżąc sak,
zdradziecki stawia znak.

Spętany głębią 
dzież,
bezbronny czeka zwierz.

Tropiciel świadom łkań,
obrzękłą chwyci krtań
- żelaznym ściskiem szczęk,
konania gasząc jęk.

Galerie smętnych sal
spiętrzeniem śnieżnych fal
ozdabia srebrny szal.

Paśniki pełne dań
gromadzą wianek łań
zwabionych wonią pasz.

Wyrosłe lasem baszt,
karmniki wokół chat
- kopiaste trwaniem wacht,
pęcznieją smakiem zbóż.

Nasiona dzikich róż
opasłe jakby ryż,
wyzbiera polna mysz.

Rozsupłał tchnieniem burz,
zimowy węzeł musztr
- nękania leśnych głusz.

Umyka chyłkiem chłód,
wywroty noszą płód:
owady nucą pieśń,
porasta grzybów pleśń
- nagrzane słońcem pnie.

Pożywna rosa gnie,
spóźnione listki lip.
Wystrzelił pierwszy skrzyp

odwilżą tchnący cień,
powitał mroczną sień:
zawzięcie ciepłem miótł
- bezsilne zaspy zgniótł.

Wyciągnął lepką dłoń:
półsenną przetarł skroń,
przekręcił wiosny klucz
- wyzionął siłą płuc,
zasłony mlecznych par.

Okryty strojem ar
rozdzielał szczęścia łut:
halniakiem stoki bódł,
skłębione chmury rwał
- jaskrawym grotem strzał.

Poranny ptaków gwar,
przyćmiony smutkiem pluch
- więziony pośród mar,
zielenią okrył bluszcz.

Zdziwiony zmianą pluszcz
kawową bystrzą chłódł,
smagany pędem kluch,
niepewny wiru miar
- nadzieją złudną trwał.

Zenitu niecąc żar:
potoków lody sprał,
tęczowe wianki plótł,
z połonin kołdrę zdarł.

Panując niczym car,
napełnia pusty gar.

Wskrzeszony słodki dar:
okrywa drzewa spadź,
przeminął kiszek kurcz,
obrasta sadłem brzuch.
powietrzem rządzi ruch:
tysiące tłustych much
padliny wietrząc smak,
przetrwania dają znak
- składając garście jaj.

Copyright © by Wiesław Musiałowski 15/10/2001